banner

Strefa pasjonatów

30-01-2007

Fakty i interpretacje zawarte w niżej publikowanych tekstach podawane są na odpowiedzialność autorów.

Tomasz Gdawiec - "Spotkałem szczęśliwych ludzi"

Czy pamiętasz jeszcze tamte czasy, kiedy jadąc terenówką przez góry napotkany po drodze człowiek z uśmiechem pomachał Ci ręką? Tak kiedyś bywało w Polsce. Ale serdeczności i życzliwości górali nadal możesz doświadczyć w rumuńskich Karpatach. Tam czas chyba stanął w miejscu.

Rumuńskie góry odkryłem zaledwie dwa lata temu. Do tamtych wakacji w mojej głowie pokutował stereotyp Rumunii – bieda, cyganie, złodziejstwo… Nie wiem skąd mi to się wzięło. Tymczasem zobaczyłem normalny kraj z pięknymi dzikimi górami, życzliwymi ludźmi i obyczajami, jakie u nas zobaczysz tylko na cepeliadzie na krakowskim rynku. Co więcej, od tamtego czasu każdego roku spędzam kilka tygodni lata w rumuńskich Karpatach. Są takie ogromne, że jeszcze przez wiele lat będę odkrywał ich nowe zakątki.

Niedziela w Repedea

Repedea to rozległa wieś w Maramureszu. Droga, która wiedzie w górę wsi prowadzi do granicy z Ukrainą. Po drugiej stronie leży Hryniawa i Huculszczyzna. Nic więc dziwnego, że na tablicy z nazwą obok rumuńskiej widnieje także ukraińska nazwa – Kriwyj. Jest niedziela. Przez środek wsi trudno przejechać. Tłumy ludzi. Jadąc przez wieś czuję się jak intruz, przybysz z innego świata i z innych czasów. Ale uśmiechnięci ludzie rozstępują się przed samochodem. Nikt nic nie zrzędzi, nie mówi „gdzie się tu pchasz!”. Wszyscy za to przyjaźnie mnie pozdrawiają. Trafiłem chyba na odpust albo jakiś jarmark. Młodzi chłopcy paradują w grubych serdakach założonych na białe koszule z obszernymi rękawami.

Wszystkie kobiety w białych bluzkach i kolorowych chustach. Dziewczęta w tradycyjnych strojach jedzą lody na patyku. Wzdłuż krawędzi drogi ciągną się kramy. Możesz kupić niemal wszystko – baloniki, koguciki, wełniane swetry i skarpety, kapcie, kożuchy, podrabiane levisy, makatki, śrubki, gwoździe, słodycze, owoce, warzywa i tradycyjne sery. Stara cyganka sprzedaje blaszane rondle, a pan w kapeluszu suszoną czerwoną paprykę. Sielanka, myślę sobie i sięgam pamięcią ze trzydzieści lat wstecz, kiedy podobnie wyglądał odpust u moich dziadków na wsi.

Wjeżdżając do Repedea wyprzedziłem orszak odświętnie ubranych ludzi. Na czele kroczyła ubrana w białą suknię młoda kobieta z pękiem kwiatów. Za nią kroczyli radośnie uśmiechający się ludzie z pojedynczymi goździkami w dłoniach i orkiestra. Kiedy wyjeżdżałem ze wsi, z jej drugiego końca kroczył identyczny orszak, ale na czele szedł prowadzony przez dwie młode kobiety mężczyzna z wiązanką białych kwiatów. We wsi będzie dzisiaj wesele, pomyślałem sobie. Szczęśliwi ludzie tu mieszkają. Chyba nie wiedzą, co to nerwówka i stres.

Niewinne Apuseni

Apuseni leżą w zachodniej części Siedmiogrodu, niemal w środku łuku, jaki zataczają od północy, wschodu i południa Karpaty. Z Maramureszu to tylko kilka godzin jazdy. Takie niewinne górki poprzecinane głębokimi wąwozami i lesistymi dolinkami. Jeśli jedziesz z Oradei lub z Klużu na południe i się nie śpieszysz, to warto zboczyć tam na kilka dni. Asfaltu niewiele, a górskie szutrówki potrafią ciągnąć się kilometrami po graniach.

To miał być typowy „lajtowy” dzień. Czekał nas tydzień w dzikich Karpatach, a więc nikt nie chciał strat w sprzęcie. Przed nami wznosiło się pasmo Pădurea Craiului. Szutrem wjechaliśmy w jakąś dolinkę. Dróżka pięła się niewinnie w górę i stawała się coraz bardziej wyboista. Aż wreszcie doprowadziła do końca doliny. Stąd dalej wiodła już tylko stroma ścieżka zakosem w górę. Wystarczająco szeroka, aby wjechać w nią autem i wystarczająco pionowa, by zapiąć reduktor. To ewidentnie droga zrywkowa, ale traktor na wielkich kołach jechał tędy może ubiegłej jesieni. Wkrótce wyjechaliśmy na zalesiony grzbiet. „No, nareszcie jakiś off-road”, ktoś rzucił przez radio. Slalomik miedzy drzewami w głębokim błocie. „Napieramy!”, znowu usłyszałem podekscytowany głos z głośnika. Przede mną łagodny zjazd w dół, niewielkie siodło i jakieś czterdzieści metrów ostrego podjazdu w głębokich koleinach. Auto nie daje się rozpędzić, bo w siodle jest głębokie błoto. Zapinam wszystkie blokady i z mozołem, ale o własnych siłach wjeżdżam na przeciwległe zbocze. Tam już jest płasko i sucho, a za zakrętem widać słońce połoniny. Stanąłem i czekam, bo ktoś powinien zaraz za mną wjeżdżać. Czekam minutę, dwie, pięć. W radiu cisza. Wracam więc na piechotę, bo nie wiem co się dzieje. Oczom nie wierzę. W siodełku leży sobie na boku auto Brunnera. Tak po prostu, na lewym boku, a plątanina lin na zbloczach i taśm oplata już okoliczne drzewa. Pół godziny później jechaliśmy dalej.

Zrywkowy szlak wyprowadził nas na kamienistą dróżkę. Pojechaliśmy na południe, bo gdzieś tam leżał cel, jaki sobie wyznaczyliśmy. Nikt się nie spieszył. Przecież mamy wakacje i absolutnie „lajtowy” dzień. Nagle słyszę przez radio – „Zgubiłem koło”. Najpierw pomyślałem sobie, że to zapas komuś odpadł, ale po chwili radio znowu zamilkło na dobre, bo wszyscy byli już na miejscu zdarzenia. Patrzę, a tu samochód Jurasa zarył tarczą hamulcową w kamienistej dróżce. Nie jechaliśmy szybko, więc skończyło się na strachu. Juras potrzebował kilku chwil na ochłonięcie, podczas gdy inni rzucili się w krzale szukać jego koła. Po jakiejś godzinie znowu byliśmy w drodze, ale zanim wyruszyliśmy, wszyscy sprawdzili śruby na kołach. To był nasz pierwszy dzień w górach, w niewinnych Apuseni.

Poważna sprawa

Karpaty Południowe to chyba najbardziej dzika część całego łańcucha. Wyobraź sobie Bieszczady, ale nie takie od Ustrzyków Górnych po Cisną i Polańczyk, tyko takie po Komańczę i Lesko. Teraz wyobraź sobie, że na całym tym obszarze nie ma ani jednej wsi, a połoniny sięgają 2.000 metrów nad poziomem morza. No więc takie jest chyba każde pasmo górskie w Karpatach Południowych. Tyle, że najwyższe szczyty przekraczają nawet 2.500 m n.p.m. Tylko dla orłów? Wiele w tym prawdy. Aby tam się dostać trzeba przekroczyć trzy granice i zarezerwować sobie jakieś trzynaście godzin jazdy non-stop od Barwinka. W góry wbijamy się od północy. I znowu szutrowa droga pnie się serpentynami na grzbiet. Dziesięć przejechanych kilometrów i jesteśmy 700 metrów wyżej, kolejne dziewięć i jesteśmy na wysokości ponad 1.300 m n.p.m. To kraina owiec i pasterzy. Przystajemy przy jednej z bacówek. Wokół hasają świnie, osły i psy. Obok stoi stare Aro. Trzypokoleniowa rodzina mieli akurat przed chatą podsuszony owczy ser na bryndzę.

Dogadujemy się nie bez trudu. Po raz kolejny gubię się w tutejszych banknotach, bo w obiegu są zarówno zdewaluowane stare leje, jak i te nowe. Niby to takie proste, a jednak skomplikowane. Odjeżdżamy bogatsi o masło i ser oraz pamiątkowe zdjęcia, a przede wszystkim wrażenia. Jak tu spokojnie się żyje. Biwak rozbijamy na polanie pod Sureanu. „Ursus” – mówi jeden z przechodzących akurat pasterz i z troską na twarzy pokazuje dwa palce. Znaczy, że w okolicy chadzają tu dwa niedźwiedzie. Na wszelki wypadek chowamy żywność do samochodów i usuwamy pozostałości po kolacji.

Następnego ranka przypuszczamy atak na najwyższy szczyt w paśmie Sureanu. Na wysokości ponad 2.100 m n.p.m. jest chłodno i wieje, ale spragnieni kontaktu ze światem łapią zasięg. W Polsce dzisiaj ogłaszają wyniki matur i troje rodziców wykazywało dziwny niepokój. Wieczorem będzie pewnie okazja do wypicia przy ognisku kilku butelek lokalnego specjału – Alexandriona. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na szczycie Vârful Lui Pătru i zjeżdżamy w dolinę. Wszyscy dumni z wyczynu i z jeszcze nieco drżącymi rękami. Nagle ktoś dostrzegł łachę zeszłorocznego śniegu. Leżała na północnym stoku. W takim załomie nad strumyczkiem. „Ulepmy bałwana”, słyszę spontaniczną prośbę przez radio. Zbaczamy więc ze szlaku. Trzech, czy czterech napaleńców przekracza potoczek i próbuje poślizgać się emtekami po śniegu. Zdziwili się, że nie ma trakcji. Ktoś nawet zdjął koszulę i zaczął nacierać się śniegiem jak na pamiętnej scenie z „Potopu”. Uwaga szybko przeniosła się jednak na dwóch pasterzy, którzy akurat przechodzili z objuczonymi osłami.

Zaczęło się od przyjaznego machnięcia ręką i prośby o papierosa, a skończyło na wspólnych zdjęciach i nieśmiałych pytaniach o pisemka… sam wiesz jakie. Jeden z nich nosił na głowie ten śmieszny kapelusz w kształcie jaja. Odważni nawet go sobie przymierzali. W atmosferze ogólnego rozbawienia w końcu pożegnaliśmy górali, bo trzeba było jechać dalej. A tu nagle coś zgrzytnęło. Wszyscy zaniemówili i przenieśli wzrok na Gelendę Wicia. Chciał przejechać przez ten strumyczek, ale pechowo wjechał do niego w taki sposób, że się zaklinował. Zapiął blokady i dalej zaczął piłować. Auto podniosło się przodem o jakieś 20-30 centymetrów i wtedy gruchnęło jeszcze raz. "Trrraaaachhh". Rozbawione grono na dobre porzuciło dowcipy i żarty. Wszystkim skoczyło ciśnienie. To już pachniało poważną sprawą. Intuicyjnie chcieliśmy wymusić na rzeczywistości, aby to była tylko drobna awaria blokady, albo jakiś patyk. Ale nic z tego. Wał się obracał, a koła stały w miejscu. To znaczy trochę się ruszały, ale jakoś tak skakały i groźnie zgrzytało. Wyciągnęliśmy auto na równe i zaczęło się grzebanie w dyfrze. Spuszczony olej, zdjęty dekiel i... wszystko było już jasne. Dobra garstka ukruszonych zębów leżała sobie w resztkach oleju, jakie zostały na dnie gruchy. Wiciowi nie było do śmiechu. Ale nie mogliśmy go tak zostawić. Poskładaliśmy to wszystko do kupy i takie zgrzytające mostem auto odprowadziliśmy w dolinę. Samochód został pod miejscową cabaną, a jego załoga przeniosła się do innych aut. No i jechaliśmy dalej, bo przygody nie można było przerywać!

W następnych dniach jeszcze trzy razy wjechaliśmy na wysokość powyżej dwóch tysięcy metrów. Strat więcej nie było. Widzieliśmy dwa misie i jakoś udawało się nam umykać krążącym wokół burzom. Wyciągnęliśmy za to z błota volkswagena jakiegoś totalnie luzackiego Austriaka, który podróżował po Karpatach bez mapy. Pomogliśmy czeskiemu motocykliście, który rozbił się swoim motorem na górskiej dróżce. Ale przede wszystkim spotykaliśmy kolejnych szczęśliwych ludzi, którzy serdecznie nas pozdrawiali i traktowali jak gości, a nie jak intruzów. Już planuję kolejną wyrypę w rumuńskie Karpaty, bo chcę znowu doświadczyć ich życzliwości.

Więcej zdjęć z wyprawy na stronie autora