Opublikowany przez administrator

Ewa Kocój – „Stare Orhei w Besarabii”

Jak za dawnych dobrych lat znowu sprowadzają się tutaj mnisi… W skałach nad Dniestrem pieczołowicie urządzili małą świątynię. Płonące w półmroku świece oświetlają cerkiewne ikony. Matka Boska z Dzieciątkiem, św. Serafim z Sarowa, św. Paraskiewa… Wiszą na kamiennych ścianach i kamiennym ikonostasie, otulone haftowanymi ręcznikami, pociemniałe od świec.

Stare Orhei leży 40 km od Kiszyniowa, pomiędzy dwiema wioskami Trebujeni i Butuceni. Ich mieszkańcy, jak dawniej, trudnią się zbieraniem kamieni. Dniestr wije się tu i tworzy słynne zakola. Tu wpada też do niego rzeka Răut, formując rozciągającą się kilometrami depresję, zakończoną wysokimi skałami. Jeszcze do 2002 roku można było tu się dostać tylko bitą kamienistą drogą. Teraz nowy asfalt prowadzi wprost do ośrodka archeologicznego, który dokumentuje historię Mołdawii. Dalej najlepiej iść już pieszo, między małymi drewnianymi lub murowanymi domami, ciasno przylegającymi do siebie. Aż dziw bierze, jak mieszczą się w nich wielopokoleniowe rodziny. W ogrodach, między gałęziami, stare drewniane krzyże. Chrystus, w krwawym soku z czereśni, patrzy umęczonym wzrokiem przed siebie… Na lewym brzegu Dniestru skały – wysokie, poszarpane, posępnie wznoszą się pod niebo. Rozległym, leniwie płynącym Dniestrem suną powoli tratwy i łodzie.

Powyżej wioski Butuceni droga prowadzi do góry. Wzdłuż Dniestru kamienny ciąg skał z jaskiniami. Na górze, tuż przy dzwonnicy, stary żebrak, zgięty w pół, w brudnym i dziurawym ubraniu, prosi o jałmużnę. Za kilka groszy będzie się modlił za kogo tylko wskażesz… Dzień, dwa, tydzień, miesiąc, rok cały. Za zmarłych, za żywych, za tych, co w piekle, tych co jeszcze między światami i tych, co szczęśliwie już blisko Boga. Stoi u bram tunelu, zapraszając gestem do środka, do cerkwi, o założeniu której właściwie niewiele wiemy. Inskrypcje wotywne ze ścian znikły wraz z upływem czasu lub na skutek niewłaściwej restauracji. We wnętrzu widać ślady rąk ludzkich – wykuty w skale przedsionek dzielą od nawy cerkwi trzy kolumny. W ścianach od strony Dniestru – małe okna, jedyne źródło światła w tym pomieszczeniu. Podłoga ze starych, nierównych desek, skrzypi przy każdym kroku.

Nie wiemy, kto pierwszy zamieszkał w utworzonych w Starym Orhei w sposób naturalny jaskiniach – zwykli ludzie czy mnisi-pustelnicy, którzy poszukiwali samotności i wyciszenia. Otoczona skałami kotlina już w starożytności spełniała funkcje obronne, osady ludzkie istniały tu już w IV-III w. p. n. e. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do obrony. Z jednej strony Răut z wysokimi skałami po obu brzegach, z drugiej – naturalny kilkudziesięciometrowy uskok. W średniowieczu przetoczyły się przez ten teren rozmaite ludy, przynosząc też ze sobą różne wpływy kulturowe. W XIII wieku ziemie te znalazły się pod panowaniem mongolskim, a w następnym stuleciu Orhei stało się jednym z głównych ośrodków Złotej Ordy. Nazywało się wtedy Szahr al-Dżedid – Nowe Miasto. Z tamtych czasów pochodzą ślady gărul – przenośnych jurt azjatyckich nomadów, palenisk, cmentarzysk, wykute w kamieniach napisy i symbole. Jeszcze dziś ruiny dawnych charakterystycznych dla kultury Orientu łaźni-bani, zbudowanych nad brzegiem rzeki Răut, przyciągają wzrok podróżników. Powstałe w drugiej połowie XIV wieku państwo mołdawskie opanowało terytoria na południe i zachód od Dniestru, który stał się wtedy rzeką graniczną z Polską i Wielkim Księstwem Litewskim. Wówczas biegła tędy tzw. droga wołoska (rum. drumul valah) – szlak handlowy, który przechodząc przez Otaci, Sorokę, Orhei, Tighinę, łączył Lwów z Białogrodem. Orhei, pod tą już nazwą, osada zbudowana wówczas z drewna i ziemi, stało się siedzibą zarządcy okręgu – pîrcalaba. Najwybitniejszy hospodar mołdawski Stefan Wielki, panujący w drugiej połowie XV wieku, wybudował w Starym Orhei cytadelę z dworem i dwoma cerkwiami. Twierdza nie zapobiegła jednak najazdom Tatarów Krymskich, którzy od końca XV wieku zaczęli systematycznie napadać na Orhei i spalili je doszczętnie w 1510 roku, kilka lat po śmierci Stefana. Niezbędny dla tej okolicy ośrodek administracji lokalnej przeniesiony został pod tą samą nazwą kilkanaście kilometrów na zachód, a opuszczone ruiny poczęto nazywać „Starym Orhei”. Na początku XVII wieku hospodar Jeremi Mohyła zamierzał podobno odbudować twierdzę Orhei, ale zakończyło się jedynie na założeniu osady handlowej zwanej Mohylański Jarmark (rum. Târgul Movilova), którą zrównała z ziemią nawała tatarska w latach czterdziestych XVII wieku. Od tego czasu Orhei stało się zwykłą wioską rolniczą, a miejscowa ludność zaczęła ją także równoległe określać mianem Peştere (Jaskinia).

Spośród 36 prawosławnych kompleksów monastycznych istniejących w Besarabii, z których znaczna część jeszcze niedawno była zdemolowana lub w ruinie, swoistą osobliwość tworzy pięć skalnych monasterów. Oprócz Starego Orhei-Butuceni, są jeszcze Ţipova, Saharna, Japca i Soroca. Prawie wszystkie z tych monastyrów zostały zamknięte w latach 50- i 60-tych XX wieku, kilka lat po tym, jak z Besarabii powstała Mołdawska SRR. Niszczone i dewastowane przez przeszło pół wieku przedstawiają dziś smutny widok. Po 1990 roku prawosławni mnisi wrócili tylko do skał Butuceni, jednak każde ze starych miejsc kultu religijnego jest ponownie odwiedzane przez pielgrzymów. Przychodzą, wierząc, że odnajdą tu spokój, że dotkną sacrum. Całują ikony, biją do ziemi pokłony, przynoszą kwiaty i zioła, zamawiają liturgię, molebny i panichidy. Niektórzy kąpią się w cudownych źródłach wierząc, że tam, gdzie lekarz już nic nie może, Bóg uzdrowi ich rany. Do opuszczonych mniszych cel wrzucają małe, postrzępione kartki. Każda z nich to ludzki los zamknięty w papierowe wota. Tak jakby świętość mnichów, którzy żyli tu przed wiekami, trwała w zadziwiający sposób do dziś… w tym kawałku skały.

W Butuceni, trzeba skłonić głowę, żeby wejść do tunelu. Jakby pokłonić się Bogu… Przez wieki można tu się było tylko dostać od strony Dniestru, wspinając się po stromych skałach. Czasem też mnisi wciągali pielgrzymów linami w górę, tak jak to można jeszcze do dziś zobaczyć w niektórych monastyrach Grecji. W 1820 roku chłopi z wioski przebili otwór do mieszkających w skałach, w Starym Orhei nad Dniestrem, mnichów. Ileż to pracy, ile rąk ludzkich docierało w tym mozolnym trudzie do tych, którzy chcieli pozostać w samotności, bliżej Boga? Od tego czasu mroczny korytarz prowadzi do małej cerkwi w skale. Dawno temu, w kamieniu przylegającym do ścian cerkwi, mnisi wykuli niskie – jak trumny – cele. Kiedyś musiało być ic
h szesnastu, tak jak kamiennych trumien. Żyli w mroku, ściśnięci, poruszając się tu tylko na kolanach…

Gdzieś w kącie cerkwi, jakby nie chciał rzucać się w oczy, zasiada stary mnich z siwą brodą i długimi białymi włosami. Jeden z tych, którzy powrócili… Na małym stole rozłożył świece i ikony. Patrzy na wchodzących dziwnym, jakby szalonym wzrokiem. Powiadają niektórzy, że ten kto doświadczył Boga, zmienia swoje oblicze. Twarz promienieje mu jaśniejącym blaskiem, a wzrok jakby przenikał cię do głębi. Wystarczy tylko na chwilę zatrzymać się i wsłuchać w Stare Orhei…

Ewa Kocój


Opublikowano w Mołdawia. Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>